fbpx

Czy joga jest dla mężczyzn?

Czy Joga jest dla mężczyzn?

Badania archeologiczne dowodzą, że tysiące lat temu w Indiach mężczyźni praktykowali… stop. Przepraszam, to nie moje. Nie jestem autorytetem w dziedzinie historii jogi. Filozofię jogi poznałem na tyle, by ją samemu rozumieć i czerpać z niej w życiu codziennym, natomiast nie będę udawał eksperta z doświadczeniem badawczym w tej dziedzinie. Chciałbym się z wami jedynie podzielić doświadczeniami zwykłego kolesia, który kiedyś poszedł na jogę i tak już na tej jodze został. A tym zwykłym kolesiem jestem ja, Maciej. Czemu poszedłem na jogę? Co mi to dało? Dlaczego zostałem? Czy nie przeszkadzały mi komentarze kolegów, że chodzę na „babskie rozciąganie” (cytat autentyczny)?

 

Po co mi ta joga?

Zacznę od mojego, jak to się obecnie modnie mówi „background”. Nastolatek, student — jak większość: papierosy, alkohol, byle jakie jedzenie. Totalny brak świadomości tego, co robię. Później standardowo — praca  w korporacji, w międzyczasie pojawił się jednak pociąg do sportu. Najpierw do biegania, później doszedł rower i pływanie, a skończyło się na triathlonie. Oczywiście wszystko to było uzupełniane przez treningi na siłowni. Pracowałem wówczas po 10-12h na dobę w stresującym środowisku (głównie siedząc przy komputerze), do tego w poranki i wieczory trenowałem. W weekendy klasyczny polski „reset”.

 

Pewnego dnia, gdy dał o sobie znać skurcz w trakcie biegania, zrozumiałem, że potrzebuję poprawy mobilności, odblokowania ciała, wzmocnienia postawy. Już wtedy na pewnym poziomie czułem, że szukam nie tylko tego. Gdzieś głęboko potrzebowałem w tym swoim rozbieganym, chaotycznym świecie, chociaż kilku chwil wyciszenia, pełnej koncentracji, świadomości tego, co robię. Bez ciągłego gonienia i  myślenia o wynikach.

 

Pierwsze kroki

Poszedłem zatem na zajęcia do szkoły jogi, na początku z dużym dystansem i wątpliwościami. Bardzo szybko przekonałem się, w jakim stanie jest moje ciało — uświadomiłem sobie, że jestem niesprawny pomimo całej masy aktywności fizycznych, w które się angażowałem. Nie potrafiłem zrobić skłonu (spięte tyły nóg i plecy), w psie z głową w dół cały się trząsłem (sztywne barki), w siadzie skrzyżnym kolana miałem przy uszach (zamknięte biodra). Szczerze mówiąc — przeraziłem się. Zabolało mnie, że moje wszystkie treningi okazały się w kontekście holistycznego podejścia do zdrowia bezwartościowe. Przede mną pojawiły się dwie ścieżki. Pierwsza, łatwiejsza — udawać, że wszystko jest OK. Na zasadzie wmówienia sobie śpiewki „po co mi elastyczne ciało i stabilna postawa, wystarczy mi kondycja biegacza i sześciopak z siłowni”. Druga — pod górkę — chodzić na jogę, męczyć się na każdych zajęciach, spoglądać z niedowierzaniem na panie po 50, które prostują ręce w mostkach, kiedy ja ledwo odrywam barki od ziemi. Wybrałem drugą ścieżkę, która, pomimo że ciężka na początku, z biegiem czasu okazała się drogą do wyzwolenia. Zarówno ciała, jak i umysłu.

 

Czy to coś daje?

Znaczących efektów fizycznych na początku nie widziałem. Widoczne zmiany zaobserwowałem dopiero po kilku miesiącach, wówczas zacząłem odczuwać zmiany praktycznie codziennie. Był to okres, w którym krytyczna była cierpliwość, którą na szczęście już kiedyś wyrobiłem — notabene dzięki bieganiu. Coraz rzadziej bolały mnie plecy, gdy siedziałem za biurkiem, czułem, że przestaję się zapadać patrząc w monitor. Do tego poprawiłem swoje wyniki biegowo-rowerowe i przestałem robić te rzeczy „na bólu” (kto kiedykolwiek jeździł na kolarzówce wie, jak mogą boleć plecy po weekendowej trasie). W trakcie treningów siłowych przestałem mieć problemy ze sztangą nad głową, przysiady stały się głębsze i zyskałem mobilność pozwalającą mi wykonywać ćwiczenia trudniejsze technicznie.

 

Historii ciąg dalszy

Z upływem czasu chodziłem coraz częściej na jogę ograniczając bieganie czy siłownię. Ostatecznie jogę zacząłem ćwiczyć codziennie, siłą rzeczy rozwijając przy okazji także praktykę własną. Okazało się, że fizycznie niczego mi nie brakuje. Kondycję pomogły utrzymać mi chociażby powitania słońca. Siłę rozwinąłem poprzez podstawowe pozycje stojące i chaturangę a z czasem także cały wachlarz pozycji balansowych. O poprawie mobilności mógłbym napisać osobny artykuł  — dzięki regularnej praktyce na tej płaszczyźnie dokonałem podróży do innej galaktyki, od delikatnego unoszenia bioder po mostki ze stania – dosłownie. Nie dźwigając żadnych hantli czuję się silniejszy i przede wszystkim ogólnie sprawniejszy i zdrowszy niż kiedykolwiek.

 

Gdzie mnie to zaprowadziło?

Po kilku latach intensywnej praktyki i rozwoju pod okiem doświadczonych nauczycieli zacząłem samemu uczyć. Przeszedłem transformacje od faceta, który nie umie zrobić skłonu do osoby, której życie kręci się wokół jogi. Oczywiście nie o to mi na początku chodziło, chciałem po prostu być odrobinę zdrowszy i sprawniejszy! A właśnie te dwie rzeczy — zdrowie i sprawność, są przy regularnej praktyce jogi na wyciągnięcie ręki dla każdego.

 

Damskie rozciąganie

Na zaczepki dotyczące „damskiego rozciągania” mam z reguły dla kolegów prostą odpowiedź — przyjdź do mnie raz na zajęcia, zobaczysz. Ci, którzy się przełamią i przyjdą — widzą. Wychodzą zlani potem, z otwartymi szeroko oczami. Jedni uśmiechnięci, ciekawi dalszej drogi, gotowi zaakceptować jak jest i pracować nad sobą. Inni przytłoczeni własnym ego, już się nie pojawiają. Na szczęście tych pierwszych jest więcej. Bo w gruncie rzeczy ludzie chcą dla siebie dobrze i są w stanie w tym celu wyjść poza granice komfortu.

 

Nie tylko ciało

Cały aspekt fizyczny, na którego temat się rozpisałem, to jednak tylko część tego, co dała mi joga. Uspokojenie umysłu, wyciszenie, pewność siebie, umiejętność spojrzenia na swoje życie z dystansu, autorefleksja, sukcesy w pracy i biznesie, poznanie miłości swojego życia, odwaga, by żyć tak, jak chcę — to tylko kilka z wielu „nagród”, które otrzymałem wylewając pot na macie. Lecz to właśnie aspekt fizyczny mnie na początku zmotywował i otworzył drzwi do całej masy innych korzyści.

 

Dla kogo w końcu ta joga?

Nie wierzę przy tym, że ćwiczenie jogi codziennie to droga dla każdego. Rozumiem, że ludzie mogą po prostu lubić biegać, grać w piłkę, chodzić na crossfit. Wspaniale jest mieć takie pasje — przecież w gruncie rzeczy to wszystko są świetne aktywności i biją na głowę siedzenie na kanapie — jako ludzie jesteśmy stworzeni do ruchu! Wierzę jednak głęboko, że joga może być doskonałym uzupełnieniem aktywności dla każdej osoby – w tym (a może nawet przede wszystkim) każdego faceta. Najfajniejsze jest w tym to, że można ćwiczyć jogę i jednocześnie być „normalną” osobą. Mieć pracę, rodzinę, przyziemne marzenia. Plan na weekendowe bieganie, wyjścia do kina i kawę ze znajomymi — i jednocześnie nazwać się po cichu joginem.
Nie trzeba nic specjalnie w życiu zmieniać, żeby zacząć ćwiczyć jogę, wystarczy na początku dodać coś małego — zrobić pierwszy krok i pójść na kurs lub zajęcia. A nim się obejrzymy, coś samo zacznie się zmieniać. Na lepsze.

 

Autor: Maciej Jaskólski

 

Na początku joga była sposobem na walkę ze stresem związanym z pracą oraz poprawą mobilności w trakcie triathlonowych treningów. Rozpoczęło się od jogi Iyengara, a z czasem pojawiła się także fascynacja Ashtangą.

Joga dość szybko stała się ulubioną aktywnością a ostatecznie – sposobem na życie. Obecnie joga pomaga Maciejowi zarówno w pracy zawodowej jak i życiu codziennym oraz różnych aktywnościach sportowych – od kitesurfingu po wchodzenie na górskie lodowce.

W 2018 Maciej ukończył w szkole Yogabody w Barcelonie Kurs Nauczycielski RYT200h Yoga Alliance.

W Astanga Yoga Studio prowadzi specjalne kursy jogi dedykowane dla mężczyzn.

 

Artykuł ukazał sie na łamach bosonamacie.pl